Kilka uwag o przedsłowiańskiej ludności ziem polskich.

 

    Spoufalanie się z historią jest niewątpliwie zajęciem niebezpiecznym. Co więcej, działanie takie rodzić może podejrzenia o hochsztaplerstwo  i sztuczne szukanie sensacji. Skoro jednak od prawieków  motorem rozwoju stawało się właśnie „szukanie sensacji”, a  co szokowało zyskiwało miano ( oczywiście nie zawsze)  kanonu  to : czy  powinniśmy spróbować odkryć kolejną kartę z dziejów naszych przodków ?, czy  winniśmy próbować nowej interpretacji pozostałości dawno minionych wydarzeń ?, czy możemy budować hipotezy podważające dotychczasowe ustalenia ? Sądzimy, więcej !,  jesteśmy pewni,  że odpowiedź brzmi : tak ! I choć uznane autorytety mogą z oburzeniem lub wzgardą odnieść się do poniższych uwag to pamiętać musimy, iż każde działanie zmierzające do poznania prawdy – także prawdy historycznej - jest zajęciem niebezpiecznym ale i  pożytecznym.

Przejdźmy jednak do meritum. Ogromna większość opracowań poświęconych wielkim wędrówkom ludów słowiańskich na przełomie starożytności i średniowiecza koncentruje się na oznaczeniu ich punktu wyjścia, określeniu  zdobytych przez nich krain oraz czasu ich zajęcia. Jednoznacznych i nie budzących wątpliwości odpowiedzi na te pytania nie udzielił jeszcze nikt. Zdaje się, że spór –szczególnie w zakresie tzw. praojczyzny – trwać będzie jeszcze długo, choć wiele wskazuje na to, iż teza autochtonizmu Słowian na terenach obecnej Polski i zachodniej Ukrainy nie da się dłużej utrzymać. My chcielibyśmy dotknąć tematu traktowanego zarówno dawniej jak i dziś  marginalnie. Wprawdzie w pierwszych dekadach ubiegłego wieku starano się mówić i pisać na ten temat, ale miast rzeczowej dyskusji pojawiały się próby wykorzystywania wstępnych ustaleń dla celów politycznych. Zagadnienie, które mamy na myśli dotyczy losów ludów niesłowiańskich po opanowaniu ich ziem przez Słowian. Chociaż w sferze naszych zainteresowań znajdują się olbrzymie obszary pomiędzy Bałtykiem a Morzem Śródziemnym postaramy się w poniższym tekście przyjrzeć się  zasadniczo terenom objętym aktualnymi granicami  Polski.

U schyłku starożytności ziemie obecnej Polski dowodnie zamieszkiwały ludy germańskie. Spośród nich najznaczniejsze to : Wandalowie, Goci, Burgundowie. Oprócz wymienionych istniało wiele mniejszych plemion, które prawdopodobnie uznawały jakąś formę zależności od silniejszych sąsiadów lub wręcz przynależały do reprezentowanych przez w.w.  związków plemiennych. Wydaje się również, że gdzieniegdzie istniały grupy ludności nie germańskiej zachowujące własne oblicze etniczne lub będące w trakcie stapiania się z dominującym ówcześnie etnosem. Mogły to być szczątki Celtów, Daków czy występujących na północnym wschodzie Wenedów. Gdzieś na przełomie IV i V stulecia sytuacja jeszcze bardziej się skomplikowała, gdyż w wyniku agresywnych poczynań Hunów i ludów z nimi sprzymierzonych osiedliły się na omawianych terenach grupy ludności sarmackiej. Pięknym i dramatycznym zarazem świadectwem tamtych wydarzeń jest „Widsith”, a dokładniej zawarte w nim fragmenty opisujące walkę Gotów (a raczej ich odłamu zwanego Wiślanami lub „Gniazdowymi Gotami” ) z ludami Aetli czyli Hunami lub/i zależnymi od Hunów plemionami toczoną w rejonie górnej Wisły. Jak sugeruje T. Sulimirski różne grupy sarmackie spełniały najpewniej rolę żandarmów stojących na straży interesów huńskich w tej części Europy. W zamian za względną samodzielność i przywileje ekonomiczne pilnowały posłuszeństwa nowych poddanych, którzy z pewnością  stanowili mobilny i niepokorny , a przez to niepewny  element. Wprawdzie wielu z nich  opuściło swe siedziby pchanych na zachód  grozą imienia nowych władców stepów (przełamanie linii Renu przez koalicję germańsko-alańską ), ale z pewnością  uczynili tak nie wszyscy. Zależność od imperium huńskiego trwała lat kilkadziesiąt i dopiero wielka bitwa nad nie zlokalizowaną dotąd  rzeką Nedao uwolniła różnoplemienne masy od okrutnego jarzma. Do początków lat 60-tych V stulecia rozwój wydarzeń śledzić możemy dzięki bezpośrednim, aczkolwiek bardzo skąpym świadectwom. Od tego momentu musimy posiłkować się wnioskowaniem pośrednim.

Spyta ktoś : a gdzie Słowianie, którzy wedle uznanych autorytetów mieli już około roku 450 n.e. stanowić znaczną część populacji Kotliny Karpackiej ? Wiele wskazuje na to, iż siedzieli po drugiej stronie Karpat i dopiero wraz z upadkiem przewagi Hunów w Europie Środkowej i Wschodniej rozpoczęli swój marsz po nowe ziemie. Twierdzimy tak, gdyż argumenty przytaczane na korzyść obecności Słowian w Kotlinie Karpackiej już w wieku V są dość lichej wartości. Dwa wyrazy (medos i strava) oraz przypuszczenie dotyczące słowiańskości części ludności  międzyrzecza Dunaju i Cisy zajmowanego bezdyskusyjnie  przez sarmackich koczowników to argumenty raczej rozpaczliwe niż decydujące. W każdym razie nawet jeśli grupy Słowian przedarły się na południe od łuku Karpat nie było to wydarzenie na masową skalę. W przeciwnym wypadku prawdopodobnie nie uszłoby to uwadze wciąż interesujących się tą częścią świata Rzymian i Bizantyjczyków, a na pewno zabrakłoby miejsca dla powstających organizmów politycznych Gepidów, Herulów, Longobardów oraz innych odłamów ludności germańskiej.  Przypuszczamy zatem, że w okresie pomiędzy latami 470 n.e. – 550 n.e. masy słowiańskie zasiedliły obszary południowo-zachodniej Ukrainy, Mołdawii, Wołoszczyzny, Podola, Wołynia, Małopolski i  Lubelszczyzny. Pierwsza z dat określa w przybliżeniu koniec dominacji huńskiej natomiast drugą oznaczyliśmy na podstawie ważnego świadectwa Jordanesa, który w swej „Getice” z grubsza określa zasięg panowania Słowian około tej właśnie daty. Wiemy także, iż około roku 514 n.e. plemiona słowiańskie dominowały na północ od łuku Karpat. Dowiadujemy się o tym w kontekście opisu przeprawy części Herulów na Półwysep Skandynawski. Informujący nas o tej wędrówce Prokop z Cezarei wspomina, że Herulowie przeszli przez wszystkie ludy Sklawenów oraz  znaczną połać pustej krainy nim dotarli do Warnów. Opis ten stanowił (i dotąd stanowi) argument dla chcących widzieć Słowian już na początku VI w. aż nad Łabą. Podnoszono mianowicie, iż najkrótsza droga z południowych Moraw i zachodniej Słowacji prowadzi przez przełęcze zachodnio karpackie, a nawet wzdłuż biegu Łaby. I tak jest rzeczywiście. Nie oznacza to jednak, że Herulowie wybrali tą właśnie –chociaż najkrótszą – drogę. Dodawano również, iż skoro  dziejopis wspomina o ludach Sklawenów na drodze pobitych Herulów najpewniejszym wnioskiem jest uznanie terenów Śląska, Łużyc, a może i środkowego Połabia za ziemie pozostające we władaniu Słowian. Wydaje się jednak, że pokonani, ale przecież nie pognębieni przez Longobardów  Herulowie wybrali bardziej czasochłonny, ale pozwalający uniknąć ponownej konfrontacji z zapiekłym wrogiem i honorowy wariant odwrotu. Tym bardziej, że ich wschodni sąsiedzi – Gepidzi nieprzychylnie ,i w pewnym sensie proroczo, spoglądali na wzrost potęgi nowego podmiotu; bowiem jak wskazuje chłodny rachunek woleli prawdopodobnie dwóch słabszych, niźli jednego i potężnego sąsiada. Sądzimy zatem, iż droga herulskiego odwrotu wiodła za pozwoleniem Gepidów przez którąś z przełęczy wschodnio karpackich lub nawet przez ziemie dzisiejszej Wołoszczyzny, a potem północnym stokiem Karpat i dalej przez Łużyce lub Brandenburgię ku północnemu Połabiu. Przypuszczenie takie zyskuje na pewności jeśli uwzględnimy fakty następujące :

a)      Sklawenami w okresie powstania dzieł Prokopa  zwano przede wszystkim Słowian wołoskich,

b)      Jordanes (Kasjodor) w połowie VI w. - choć przekazane informacje mogły dotyczyć stanu z  lat 30-tych VI w.- wspomina o  Wiśle jako zachodniej granicy rozprzestrzenienia Słowian.

Prócz tego musimy wspomnieć o tym, że słowa Prokopa dotyczące „pustego kraju” nie musiały określać opuszczonych przez ludność germańską terenów. Zwrot ten mógł opisywać znane tak ówcześnie jak i dużo później pustacie w postaci borów lub terenów podmokłych na Dolnym Śląsku, Łużycach a nawet na pograniczu Wielkopolski i Pomorza. Wszak wiele stuleci później piszą o nich m.in. Thietmar, Gall i żywociarz Ottona z Bambergu. Dodatkowo siedzib Warnów nie da się wskazać ze 100% pewnością, gdyż zgodnie ze świadectwami starożytnych mogli oni zamieszkiwać Meklemburgię, międzyrzecze Łaby i Sali, a nawet okolice górnej Wisły.

Widzimy więc, iż  na podstawie świadectw pisanych nie możemy przyjąć kategorycznego sądu o zajmowaniu przez Słowian w połowie VI w. ziem Kotliny Karpackiej i Połabia. Niestety, źródła archeologiczne również nie pozwalają na przyjęcie takiego założenia. Wręcz przeciwnie, odkryte świadectwa – choć skromne - wskazują wyraźnie na obecność ludności przedsłowiańskiej podtrzymującej słabe już więzi z ogniskami cywilizacji śródziemnomorskiej. Uzasadnionym zatem wydaje się przypuszczenie, że nowym impulsem do kolejnego etapu wędrówek słowiańskich stało się dopiero przybycie do środka Europy Awarów. Lud ten uciekając przed potężnym Kaganatem Tureckim dotarł na stepy nadwołżańskie, a następnie zapewne za namową Bizancjum wszedł w koalicję z Longobardami zawiązaną w celu poskromienia silnego królestwa Gepidów wspierającego Słowian w ich rajdach na ziemie Imperium Wschodniorzymskiego. Po rozbiciu Gepidów zgodnie z tradycją stepowców rozpoczęli Awarowie zbrojne wyprawy łupiąc różnorakie ludy. Początkowo ograniczali się  do grabienia i uzależniania plemion zamieszkujących Siedmiogród, międzyrzecze Dunaju i Cisy oraz tereny leżące na północnych stokach Karpat. Trwało to aż do wycofania się w roku 568 Longobardów z Panonii kiedy to pozbawieni konkurenta napierali na całej już długości swych granic. W międzyczasie przeprowadzili groźne wyprawy na królestwo Franków i jak się wydaje wtedy właśnie osłabili definitywnie ludy germańskie zamieszkujące jeszcze tereny dzisiejszej Polski. Otworzyli w ten sposób drogę dla masowej penetracji słowiańskiej, która skierowała się wzdłuż  Odry, Wisły i w kierunku Czech. Znana relacja o zatrzymaniu posłów (?) słowiańskich przez straże bizantyjskie poświadcza obecność Słowian nad Bałtykiem pod koniec VI stulecia. Zgadzałoby się to więc z przyjętym przez nas przypuszczeniem o zdominowaniu przez Słowian znacznej części ziem obecnej Polski w ciągu ostatnich  30-40-lat VI w.

 


 

Rys. 1 : Europa Środkowa ok. połowy VI w.

 

Użyliśmy nie bez kozery słów „zdominowali”, gdyż jak wykażemy niżej o jakiejkolwiek wyłączności mowy być nie może. Skąd taka pewność ? Zacznijmy od krótkiej dygresji ...

W   wielu    przypadkach ustalania charakteru etnicznego dawnego osadnictwa pomocnymi   stawały  się  wskazówki   ukryte   w   nazwach   wód, miejsc   i   osad. Metoda ta nie jest metodą idealną i zdarzało się, iż  wnioski sformułowane przy jej pomocy  okazywały się błędnymi lub przynajmniej kontrowersyjnymi ( np. w sprawie pochodzenia nazw wielu europejskich rzek ), ale znacznie częściej pozwalała na osiągnięcie cennych rezultatów. Wystarczy przypomnieć o dokonaniach  w sprawach :  tajemniczego ludu  Piktów, sieci osad rzymskich w Brytanii, zasięgu i gęstości osadnictwa słowiańskiego na terytorium dzisiejszych Niemiec i Grecji czy  penetracji elementów skandynawskich w Europie.

Szczególną rolę odgrywają nazwy osad i miejscowości, dzięki których analizie wiemy o bytności Serbów, Chorwatów, Awarów, Waregów ( skandynawskich Wikingów ), Prusów, Węgrów itd. I tutaj kończy się zgodność wspomniana nieco wyżej, ponieważ  badacze różnią się w ocenie  treści etnicznej ukrytej pod określoną nazwą. Są  więc tacy, którzy np. w Serbach widzą Słowian, inni Sarmatów, a jeszcze inni zeslawizowany lud sarmacki. Wprawdzie co do niektórych omawianych nazw nie ma zastrzeżeń  zasadniczych ( np. Obrów = Awarów  lub Waregów = Skandynawów ), ale i tu pojawiają się głosy, że są to ślady osadnictwa jenieckiego albo  krótkotrwałego - liczonego nawet w miesiącach a nie latach – pobytu.

Jeśli chodzi o pierwszą wątpliwość zastanawia fakt, że nazwy osad lub wsi nowszego pochodzenia jak np. Holendry, Szwaby, Tatary oraz ich wariacje nie budzą nieufności wśród znacznej części krytyków „prostego” odczytywania sensu etnicznego omawianych nazw, a więc są po prostu świadectwem osadnictwa Holendrów, Niemców i Tatarów. Podobnie jest również w przypadku starych osad w rodzaju Prusy i Czechy. Inaczej jednak zdarza się interpretować fakty wtedy gdy wysnute z nich wnioski, aczkolwiek  logiczne, stać się mogą w mniemaniu pewnych autorów argumentami do obalania nieprzekonujących lecz własnoręcznie wypieszczonych hipotez. W naszej ocenie zastrzeżenia drugiego rodzaju  mają niewielki ciężar gatunkowy, gdyż wprawdzie nie posiadamy możliwości bezdyskusyjnego potwierdzenia czasu trwania pobytu jakiegoś plemienia lub ludu na danym terenie lecz trzeba pamiętać  o tym, iż musiał to być pobyt wystarczająco długi skoro miano etniczne przylgnęło do określonego miejsca. Wszak i dziś jeszcze pamięć ludzka zachowuje głównie to co trwa czas dłuższy, jest powtarzalne i  wyeksponowane.

Gwoli sprawiedliwości i z szacunku dla niesłychanie zaskakującej logiki historii musimy dopuścić możliwość, że dajmy na to nazwa osiedla Pomorzany powstała dawnymi czasy bez  jakiegokolwiek powiązania przyczynowego z tą grupą słowiańską, ale  jest to  możliwość raczej teoretyczna.

Tak oto jawi się wyraźnie skuteczność  omówionej metody w procesie ustalania bytność określonych grup etnicznych na danym terytorium. Jednak to nie koniec. Możemy mianowicie dzięki niej ustalić w przybliżeniu również rozsiedlenie danych grup.  Interesują nas w tej pracy przede wszystkim informacje dotyczące ludów germańskich, a w szczególności ewentualnego ich przetrwania na ziemiach polskich po połowie VI w. n.e. Spróbujmy przyjrzeć się dokładniej przypadkowi „gockiemu”.

 

Rys 2 : Ślady osadnictwa gockiego w Polsce

 

Na pierwszy rzut oka widać charakterystyczne skupienia nazw  „gockich”. Są to przede wszystkim tereny północnego Mazowsza, Mazur, Pomorza Gdańskiego. W mniejszej liczbie występują we wschodniej Wielkopolsce i Polsce centralnej. Pojedyncze spotykamy na Lubelszczyźnie, w Małopolsce, na Śląsku a nawet w sąsiedztwie Zakopanego. Wszystkie nazwy  zaznaczone na rysunku  są  tymi, które dotrwały  do dzisiejszych czasów, a więc uwzględniając znaną prawidłowość  można założyć, że wiele innych nie przetrwało w ciągu wieków. Nigdy już nie poznamy pełnego obrazu śladów osadnictwa Gotów w Polsce jednak i to co posiadamy  powinno ułatwić postawienie wniosków. Nim dojdziemy do tego etapu spróbujmy skonfrontować powyższe ustalenia ze świadectwami pisanymi oraz archeologicznymi.

 

I tak, Jordanes wspomina o zagadkowym, skupionym w rejonie ujścia Wisły ludzie Widiwariów. Tworzyły go  odpryski/grupy różnorakich plemion szukające schronienia przed obcymi nawałami. Sama nazwa wskazuje na jej germańskie korzenie, a porównanie jej z Bajuwarami podsuwa nam wielokrotnie zgłaszane w literaturze przypuszczenie, iż nazwa Widiwariowie/Windiwariowie określa ludzi z kraju Winidów/Wenedów. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na fakt, że  chyba nie powinniśmy ograniczać siedzib tego ludu do samego ujścia Wisły (Żuław). Wydaje się prawdopodobniejszym, że ujście największej z naszych rzek stanowiło raczej pewnego rodzaju punkt charakterystyczny pozwalający orientować się czytelnikom nawet słabo oswojonym z geografią. W każdym razie gdzieś w rejonie dolnej Wisły siedział lud najpewniej co do swego charakteru germański jeszcze w połowie VI stulecia, a zapewne i dłużej. Jak długo ? Stwierdzić tego jednoznacznie nie potrafimy, ale biorąc pod uwagę :

-         przetrwanie po wiek X/XI germańskich nazw miejscowych Gdańska (Gyddanyzk), Grudziądza (od *Graudingas),Gdyni, Darłowa(?)=Rugenwalde,

-         określanie terytorium pomiędzy wschodnimi Kaszubami i zachodnim brzegiem dolnej Wisły mianem Kociewia (Gociewia?) – zob. też niewielka kraina w Chorwacji, gdzie swego czasu siedzieli Goci,

-         nazwę Bydgoszczy, która raczej z biciem gości jak również  z imieniem własnym „Bydgosta” nie ma wiele wspólnego, a łączyć by ja raczej należało z północnogermańską nazwą „osada” = „obydgh”

-         pozostałości archeologiczne z VI-XI w. nie dające się przypisać etnosowi słowiańskiemu i normańskiemu,

możemy śmiało powiedzieć, że przetrwał w znacznej liczbie przynajmniej  do chwili przybycia Słowian. Co ważne, Pomorze Gdańskie nie było według nas jedynym – co zresztą sugeruje przedstawiony powyżej rysunek - regionem gdzie co najmniej do końca VI stulecia przetrwała ludność germańska. Przyjrzyjmy się temu zagadnieniu nieco bliżej.

Mało kto pamięta, ale na dobre Mazowsze stało się integralna częścią Polski dopiero w XVI w. Do tego czasu znane było ze swych  licznych odmienności i – co tu ukrywać ? - porównywalnego z pomorskim separatyzmu. Przypadek ? Być może. Jednak bliższą prawdy odpowiedź dać nam może analiza przyczyn.

Pierwsze dwa wieki naszej ery to dla Gotów okres wewnętrznej konsolidacji i zajmowania nowych terenów. Świadczy  o tym  nie tylko zmniejszenie się ilości znalezisk archeologicznych z terenu Pomorza Gdańskiego kojarzonych z Gotami, ale również zapis wydarzeń  z tegoż okresu poświadczonych przez dziejopisów ( tzw. wojny markomańskie będące wynikiem naporu północnych  ludów zakarpackich na reprezentantów kultury przeworskiej, a tych na plemiona zamieszkujące ziemie czeskie i słowackie ). Jednym ze skupisk o znacznym zagęszczeniu osadnictwa stało się ówcześnie północne Mazowsze. Jest ono wyraźnie wyodrębnioną jednostką geograficzną ograniczoną od południa i zachodu biegiem Wisły, od wschodu rozległymi bagniskami i kompleksami leśnymi Podlasia, a od strony północnej licznymi jeziorami. Po jakimś czasie w wyniku wywędrowania odłamu plemienia na Ukrainę liczba ludności w.w. ziem uległa zapewne zmniejszeniu, lecz  w okresie upadku państwa Hermanaryka jakieś grupy Gotów i plemion z nimi sprzymierzonych powróciły na te tereny. Dowodem na to są m.in. odnajdywane i datowane na ten okres przedmioty o charakterystycznych cechach nadczarnomorskich (m.in. „baby kamienne”, które pojawiły się około początków V stulecia nie tylko na północnym Mazowszu, ale także w Prusach). Zdaje się, iż ta grupa Gotów utrzymywała aż do VI stulecia stosunkowo żywe kontakty z rozproszonymi po Europie odłamami swych współplemieńców. Sądzimy tak na podstawie znalezisk archeologicznych, a i wzmianka Kasjodora o kontaktach  dworu w Rawennie z przedstawicielami ludu Estiów dotyczyć może tego rodzaju relacji. W każdym razie trzeba traktować jako pewnik przebywanie znacznych grup gockich na Mazowszu po wiek VI. Co było dalej ? Wydaje się, że ludność germańska na ziemiach mazowieckich przetrwała jeszcze  długo. Pamiętajmy bowiem o dziwnych i różnorodnie, a w naszym pojęciu nietrafnie interpretowanych wskazówkach. Jednym z przykładów jest  zachowanie do dziś nazw o konotacjach germańskich jak np. Skrwa, Płock, Płońsk itd. Następnie ważny lecz niedoceniany fakt nazywania przez Kurpiów do niedawna zależnych chłopów „Gociami”. Prócz tego zastanawia dziwny sentyment Władysława Hermana do Mazowsza i Płocka, którego początki znacznie wyprzedzają powstanie państwa polskiego i stanowiącego główny ośrodek separatystycznej dzielnicy w zestawieniu z  odwoływanie się tego władcy w sprawie potomka do pomocy św. Idziego, który największej czci doznawał w dalekiej Prowansji, która to kraina dała schronienie licznym uchodźcom gockim z podbijanej przez muzułmanów Hiszpanii. Dalej, kronikarskie wzmianki o fałszywych mazowieckich chrześcijanach (czyżby wyznawcach charakterystycznego dla wschodnich Germanów obrządku ariańskiego ?) pobitych przez Kazimierza Odnowiciela, Getach Galla Anonima czy Sasinach różnych kronik średniowiecznych. Wreszcie odkryte w okolicach Płońska groby rzędowe z X-XI w. zawierające szczątki pod względem antropologicznym wyraźnie germańskie ! Na koniec trzeba także przypomnieć, iż  K. Godłowski  zwrócił uwagę na fakt utrzymania się zabytków archeologicznych wiązanych z ludnością przedsłowiańską m.in. na znacznym obszarze środkowej Polski, obejmującym częściowo południowe i zachodnie Mazowsze.

         Kolejna dzielnica Polski – Śląsk dostarcza również kilku zagadek. Wiemy mianowicie o poselstwie  do władcy północno-afrykańskich Wandalów, które zgodnie ze starogermańskim prawem pytało o zgodę na zajęcie opuszczonych przez część tegoż plemienia ziem w dalekiej Europie. Najpewniej w daleką podróż wyruszyli reprezentanci pozostałych gdzieś nad Odrą współplemieńców zdobywców Kartaginy. Pięćset lat później Thietmar opisując wyprawę króla niemieckiego Henryka na Polskę wspomina o Niemczy jako grodzie zbudowanych przez „naszych”. „Naszych” czyli kogo ? Jeńców, kolonistów czy ludzi mówiących zrozumiałym dla niego językiem ? Przecież język, którym posługiwali się Wandalowie na przełomie X/XI w. mógł być jako tako zrozumiały  dla  rycerstwa niemieckiego skoro jeszcze w XVI stuleciu Flamandczyk miał tylko niewielkie trudności ze zrozumieniem jednego z ostatnich Gotów Krymskich. Prócz tego badania antropologiczne prowadzone w latach 30-tych na niemieckim ówcześnie Śląsku ujawniły, iż w pochówkach z IX-XI w. znajdowały się szczątki ludności o wyraźnie germańskiej charakterystyce. Podobne cmentarzyska odkryto w Wielkopolsce i nawet nasi naukowcy nie zaprzeczali, że są to ślady pozostawione przez ludność niesłowiańską.

         Powyższe uwagi w mojej ocenie dowodzą, że ludność germańska trwała na ziemiach polskich jeszcze długo po V w. n.e. Więcej nawet !

Wydaje się, że mogła też mieć wpływ na ukształtowanie się naszego państwa.

Ale to już inna historia ...

        

Adam Sengebusch
A.Sengebusch@bydgoszcz.spedpol.com.pl

 

 

 

POWRÓT